Senior w pandemii – Wielkanoc

Lęk, panika, izolacja, bezruch psychiczny i fizyczny jest i będzie dla seniorów o wiele groźniejszy niż sam wirus– wielokrotnie apelowali eksperci Głosu Seniora, m.in. Przewodniczący Rady Programowej Głosu Seniora, geriatra i dyrektor Szpitala MSWiA w Krakowie, dr Krzysztof Czarnobilski i psychogeriatrzy, a wśród nich m.in. dr Małgorzata Ostrowska. Nie możemy zatem straszyć seniorów! Nie możemy bombardować ich negatywnymi wiadomościami o liczbie zgonów, braku tlenu czy łóżek covidowych! Musimy dodawać sobie otuchy i wzajemnie się wspierać. Musimy aktywizować seniorów medialnie i drogą on-line, ale przede wszystkim kontaktem bezpośrednim, ponieważ jak wskazują liczne badania tylko 20% polskich seniorów korzysta z Internetu. Nie poddawajmy się panice i nie zaniedbujmy kontaktów! Aktywizujmy, edukujmy i wspierajmy seniorów! Możemy to robić między innymi poprzez zwykłą rozmowę odrywającą od tematyki pandemicznej, odkrywanie i pielęgnowanie swoich pasji czy angażowanie się w pomoc innym, wolontariat oraz pracę społeczną.

Poniżej przedstawiamy artykuł jednego z czytelników Głosu Seniora:

Pytacie, jak spędziłem kolejną Wielkanoc w pandemii? Jak na aktywnego seniora przystało – bardzo aktywnie. Już od poniedziałku zabrałem się za domowe porządki. Najpierw postanowiłem doprowadzić do porządku kuchnię, która sprawiała wrażenie zagraconej rupieciarni. Ale od czego zacząć? Postanowiłem wyrzucić wszystkie od dawna niepotrzebne przedmioty. Wtedy się okazało, że najbardziej bezużyteczny w tym domu jestem ja sam i należałoby najpierw mnie się pozbyć. Wtedy resztą zajęliby się już inni. Trudna decyzja. Z wieloma niepotrzebnymi rzeczami łączy mnie sentyment, wspomnienia i jakoś mi żal. A może jeszcze dać im drugie życie?

Przez wiele lat dawałem im szansę, ale do niczego nie były mi już potrzebne. Z wielkim żalem pozbyłem się swej kolekcji wspomnień. Zaraz zrobiło się bardziej przestronnie. Jeszcze tylko wszystko porządnie wymyć i kuchnia w moim mieszkaniu sprawia lepsze wrażenie. Teraz pozostałe pomieszczenia przy uporządkowanej kuchni straciły wiele uroku. W Wielki Piątek wieczorem zakończyłem prace. Nie dlatego, że wszystko już lśniło, tylko całkowicie opadłem z sił. Uświadomiłem sobie, ile pracy jeszcze pozostało do zrobienia. Pocieszało mnie tylko to, że na wiele pilnych prac nie posiadam środków. Więc na razie mam problem z głowy.

Z poczuciem ulgi w Wielką Sobotę postanowiłem złożyć telefonicznie życzenia wszystkim krewnym i znajomym. Od wielu dni do nikogo ust nie otworzyłem. Jednaj telefony albo były zajęte, albo nikt nie odbierał, widocznie zajęty pilną pracą. Najczęściej nagrywałem się na skrzynkę głosową. Ale czy o to właśnie mi chodziło? Pragnieniem moim było usłyszeć znajomy głos. Mieć przynajmniej w takiej formie kontakt ze znajomymi.

Załamała mnie ta sytuacja. Samotność wciskała mi się boleśnie do gardła. Postawiłem na stole szklankę i napełniłem ją prawie w całości. Przy okazji sprawdziłem, czy mój węch działa poprawnie i czy kubki smakowe działają. Jednocześnie miałem okazję porządnie zdezynfekować swój organizm – dla zachowania reżimu sanitarnego. Wypiłem za zdrowie wszystkich, do których kierowałem życzenia: „Zdrowia, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia”. Powtarzałem do niemej poczty głosowej. Dzisiaj zdrowie jest najważniejsze. Więc co miałem zrobić?

Alkohol pobudził krążenie, więc mój mózg lepiej się dotlenił. Poczułem się zaraz raźniej i postanowiłem zajść do kościoła, żeby tradycyjnie poświęcić koszyk ze święconką. Może kogoś znajomego spotkam? Wtedy zauważyłem że na złość moim zamiarom zaczął deszcz padać. Wystawiłem koszyk przez okno i bezpośrednio z nieba został pokropiony. Bez żadnych pośredników, którzy używają wody z kranu. Bez potrzeby ubierania się odświętnie i wychodzenia w deszcz z domu.

Co robiłem przez dwa świąteczne dni? Już od rana odwiedzałem bliskich krewnych i dalszych znajomych, którzy podobnie jak ja samotnie spędzali święta – już na cmentarzu. Poczułem się wreszcie komuś potrzebny. Człowiek ma prawo tak długo chodzić po tym świecie, jak długo może być innym potrzebny. Jak już odejdzie z tego świata, będą jego brak z żalem wspominać, bo już im w niczym nie pomoże, a nieraz by się jeszcze przydał. Gdy już człowiek nikomu w niczym pomóc nie może, to jego odejście przyjmą z ulgą i żal będzie krótki – jak po moich rupieciach trzymanych niepotrzebnie w domu.

Autor tekstu: Kuba