Chór uratował mi życie – opowiadanie Bożeny Słowik

Kiedy zachorowałam myślałam, że to koniec, ale okazało się, że był to piękny początek.

 

Przyszłam na świat w rodzinie muzykującej: Tato Edziu był samoukiem grającym na akordeonie, klawiszach i puzonie, z którym dumnie paradował z orkiestrą dętą. Mama Wandzia pięknie śpiewała, więc wraz ze znanym rzeszowskim zespołem Mietka Ziemniaka dorabiali do skromnej pensji kolejarskiej taty występując na weselach i zabawach. Wtedy opiekowały się mną dwie starsze i równie rozśpiewane siostry. Kiedy jechaliśmy na wczasy, zajmowaliśmy cały przedział w wagonie – Tato grał na akordeonie i swoim pięknym basem dopełniał czterogłosowy damski chórek. Podróżni myśleli, że śpiewamy „na zarobek” i stukali bilonem w przeszklone drzwi przedziału.

 

W naszym mieszkaniu często odbywały się próby zespołu. Dreptałam wtedy za mamą dzierżącą w dłoni ogromny, metalowy mikrofon naśladując każdy jej ruch. Miałam własny – przeważnie była to drewniana łyżka lub szczotka do włosów. Do snu kołysały mnie przepiękne melodie z przedwojennych filmów. Z czasem – naśladując tatę i moje siostry – plumkałam po klawiszach naszego starego, również przedwojennego pianina (Alfred Hittner – Breslau z 1937 r). Gdy rodzice zaprowadzili mnie na wstępny egzamin do szkoły muzycznej, dyrektorowi spadły okulary, kiedy 7-letnie dziecko „poleciało” na dwie ręce:

 

Wyszła na plażę młodziutka dziewczyna

i miała takie małe-maciupeńkie

takie tyciu-tyciusieńkie, w czerwone kropeczki na żółtym tle.

 

Byłam zdolną, choć nieco zbuntowaną uczennicą, bowiem moje dzieciństwo i wiek młodzieńczy różniły się znacząco od moich rówieśników, którym „słoń na ucho nadepnął”. W tamtych latach nie było ogólnie ukierunkowanej szkoły muzycznej; z językiem na brodzie biegało się z podstawówki powszechnej do muzycznej, a potem z liceum do średniej muzycznej – miałam przewalone!

 

I cóż? Mój trud – wydawałoby się wtedy – poszedł na marne, bo muzyczne wykształcenie w żaden sposób nie pokryło się z moim życiem zawodowym. Choć zapewne z zamiłowania do muzyki i do tego, co całe życie mi grało w duszy, ani na chwilę nie traciłam kontaktu z moim starym pianinem. Przeżył staruszek ze mną kupę lat (w tym trzy przeprowadzki, a w windzie się nie mieścił). Do dzisiaj jest moim przyjacielem i zawsze mogę na niego liczyć w chwilach radości i smutku, rozterki i nadziei.

 

Kiedy nadszedł czas przejścia na emeryturę – w pierwszej chwili poczułam radość, że w końcu będę miała więcej czasu dla siebie. Szybko jednak okazało się, że mam go o wiele za dużo; Dzieci samodzielne, wnuki odchowane, a mąż wciąż czynny zawodowo i przez większość dnia byłam sama. Nie mam działki ani ogródka…a ileż można prać, sprzątać i gotować? Najpierw zdecydowałam się wstąpić do Akademii 50+, gdzie podszkoliłam się w języku angielskim i komputerze. Po drodze zahaczyłam o chór parafialny, w którym śpiewam do dzisiaj.

 

Czegoś mi jednak brakowało… i ja dobrze wiedziałam czego! Ciągnęło mnie do muzyki jak wilka do lasu! Pewnego dnia trafiłam na koncert chóru „Cantilena” w Polskim Radio Rzeszów. Uśmiechnięci, piękni, biało-niebiescy… to było to! Trafiła mnie strzała Amora. A nazajutrz, na zaproszenie ś.p. menager Alicji Borowiec, byłam na próbie chóru. Śpiewałam w sopranach i czułam się jak ryba w wodzie, a cały chór dziwił się, skąd znam na pamięć wszystkie przedwojenne piosenki. Mogłabym tak śpiewać przez całe życie, ale dane mi było tylko przez rok.

 

 

Po jednym z występów, kiedy to stojąc za Alicją, smyrałam do rytmu nutami po jej zawsze wypieszczonych przez 2 godziny u fryzjera włosach, dosłownie wypchnęła mnie przed chór mówiąc „Jak cię tak nosi, to stań przed nami i machaj tymi gałązkami – będziesz nami dyrygować!”. Pomimo mojego sprzeciwu tak już zostało (zresztą z Alą nie było dyskusji). Okazało się ku ogólnemu zdziwieniu – że było coraz lepiej! I w ten oto, nieprzewidziany i przypadkowy sposób, zostałam dyrygentem chóru… mojego chóru!

 

Początki nie były łatwe. Musieliśmy się nauczyć odbierać siebie nawzajem. Wszystkie gesty, a nawet mimika – mają swoje znaczenie, moje ręce pokazują to, co mam w sercu. Od skupienia i odbioru tych znaków zależy charakter i nastrój utworu. Tym bardziej, że wcześniej chór nie miał dyrygenta (jak nazywano akompaniatora), który musiał podzielać swoją uwagę pomiędzy chór a instrument.

 

Miałam to szczęście, że moi chórzyści byli bardzo pojętni i chętni do współpracy, a nasze przyjacielskie i serdeczne relacje sprzyjały dobrej atmosferze. Byłam szczęśliwa i spełniona. Dyrygując czułam, że daję im całą siebie, a oni dawali z siebie wszystko. Wielkim wsparciem była dla mnie wspomniana wyżej Alicja. Zajmowała się w chórze wszystkim, mówiąc do mnie: „A ty tylko nas ucz, żebyśmy lepiej śpiewali”. Zawsze mogłam także liczyć na pomoc Patryka, naszego akompaniatora. Zdolnego, młodego człowieka, którego cechował duży profesjonalizm i wrażliwość muzyczna. Pomimo dużej różnicy wieku, nadawaliśmy na tych samych falach, a owocem naszej współpracy i zaangażowania chórzystów było coraz więcej występów, z coraz większym powodzeniem.

 

I gdy tak już było sielsko i anielsko – jedna, niespodziewana i zupełnie zaskakująca chwila przerwała moje szczęśliwe życie. Pamiętam ciepły, wrześniowy wieczór 2015 roku. Wróciliśmy z mężem z pięknego koncertu afrykańskiego zespołu w stylu gospel, który grał w rzeszowskiej Katedrze. Uśmiechnięta i jeszcze podśpiewująca – ląduję nagle jak kłoda na podłodze: kompletny bezwład, a cały dom stoi do góry nogami… Gdzie sufit? Gdzie podłoga? Boże! Czy ja umieram? Błagam, jeszcze nie teraz! Słyszę karetkę i za niedługą chwilę jestem już w szpitalu. Wszystko toczy się błyskawicznie: zabiegani lekarze i pielęgniarki – jakbym była pępkiem świata! Kątem oka dostrzegam na korytarzu strapionego męża, a potem i dzieci. Rano budzę się cała w rurkach, pod kroplówką i aparaturą… ale podłoga i sufit są na swoim miejscu – chyba żyję! Widzę uśmiechniętą twarz pielęgniarki: „Miała pani udar, ale będzie dobrze…” (choć stan, w jakim byłam i z którego zdałam sobie sprawę wcale nie napawał mnie optymizmem).

 

Wtedy myślałam, że to koniec… a okazało się, że był to piękny początek – a przynajmniej jeszcze piękniejszy niż to, co było. Bo to, że rodzina mnie kocha i wpajała we mnie wiarę, że z tego wyjdę – to wiedziałam. Ale to, co zrobił dla mnie mój chór – przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Kiedy mąż udał się na próbę chóru, aby powiedzieć, że mnie nie będzie – wszyscy płakali, byli załamani, aż w pewnej chwili nasz Patryk zza instrumentu rozpoczął: „Pod Twoją Obronę….” i wszyscy, wspólnie z mężem – modlili się za mnie.

 

W szpitalu pierwsza pojawiła się Ala, z pozdrowieniami od chóru. Trzymała mnie za rękę i śpiewała (do dziś nie wiem co, bo dławiła się łzami). Na sali poudarowej przy łóżku mogła być tylko jedna osoba, ale pełna charyzmy i osobistego wdzięku Ala, nazajutrz „przemyciła” ze sobą jeszcze jedną chórzystkę, potem jeszcze jedną… i następną. Stały nade mną i cichutko śpiewały. Jeszcze nie mogłam mówić, ale podobno moje oczy się śmiały. Kiedy po tygodniu przewieziono mnie na salę „ogólną”, codziennie przychodziło do mnie bez mała – już pół chóru ze śpiewnikami, które wędrowały też do innych pacjentek, a te śpiewały razem z nami. Naszą salę nazwano „salą muzyczną”. Odbywały się tu koncerty chóru, a reszta oddziału słuchała pod drzwiami. A kto z pacjentów trafił do nas – szybciej dochodził do zdrowia i… do domu!

 

Pomyśleć, że jeszcze niedawno myślałam o swoim życiu, o chórze, o swoich planach i nowych pomysłach w czasie przeszłym. Moi chórzyści sprawili (chociaż nie byłam jeszcze w pełni sprawna), że zapragnęłam na nowo żyć i zrobić wszystko, aby być z nimi jak najprędzej. Uwierzyłam w to – czego oni byli pewni – że z czasem będzie coraz lepiej. Miałam tylko jedno wyjście: wyjść ze szpitala i podjąć rękawicę, którą rzucił mi los. Byłam gotowa do walki, mając oparcie w mojej kochanej rodzinie i w moim – równie kochanym – chórze, który na mnie czekał. Byłam im bardzo wdzięczna i pragnęłam im o tym powiedzieć osobiście, więc pewnego dnia mąż zaprowadził mnie na próbę. Gdy stanęłam przed nimi i ujrzałam ich radość przez łzy, coś ścisnęło mnie w gardło tak mocno, że wyszeptałam tylko: „Kocham Was” – „I my cię kochamy” – usłyszałam w odpowiedzi.

 

To prawda. Kocham ich wszystkich i każdego z osobna. To dla nich dzisiaj poświęcam większość mojego czasu, dla nich komponuję i aranżuję coraz to nowe utwory, dostosowując je do możliwości chóru – a nie są one zbyt duże. Nie czarujmy się – to przecież „trzeci wiek”, średnia naszego chóru to 72 lata (najstarsi mają po 85!), a razem mamy lat ponad 2500! Głosy są takie… jakie są. Ale nie to jest najważniejsze, bo oprócz obopólnej sympatii łączy nas pasja i zaangażowanie. Trafiłam do ludzi, którzy – tak jak ja – kochają śpiewać! Podziwiam ich za to, że nie siedzą bezmyślnie przed telewizorem, że wychodzą z domu do fryzjera, kosmetyczki. Jakiś delikatny makijaż, biżuteria – chcą być szykowni i eleganccy! Cieszy mnie to, że chce im się chcieć! Przychodzą na próby z radością, chętnie się uczą, a nie jest im łatwo, bo większość nie zna nut i uczą się ze słuchu.

 

Są otwarci na nowe utwory (a już mamy ich w swoim repertuarze ponad 250), dając mi przyzwolenie i akceptację na przekazanie im mojej wiedzy. Robią to wszystko, bo nie chcą być sami, chcą być wśród przyjaciół, choć każdy z nich ma jakieś rozterki, kłopoty rodzinne czy zdrowotne. Jednak chętnie się nimi dzielą, a w zamian otrzymują porcję energii, przytulaka i po prostu – dobre słowo – wtedy przestają panikować, że się starzeją. Zresztą ktoś pięknie to określił, że „starzeje się ten, kto ma na to czas” – a my go nie mamy. Dając ok 30 – 40 koncertów w roku akademickim – wpisujemy się w życie naszego miasta i jego okolic. Śpiewamy na dniach osiedli, w domach kultury i szkołach. A przede wszystkim uświetniamy wszystkie uroczystości i niektóre wykłady w naszym UTW. Bierzemy udział w różnego rodzaju przeglądach twórczości seniorów zdobywając niejednokrotnie zaszczytne miejsca. Ale co najważniejsze – cały czas rozwijamy się i dążymy do coraz to wyższego poziomu – oczywiście w ramach naszych możliwości. Szkoda tylko, że mamy mało głosów męskich (bo mężczyźni bardzo niechętnie garną się do chóru), chociaż w tym roku udało nam się pozyskać skrzypka i akordeonistę – oj! Będzie się działo!

 

Myślę, że mam szczęście do dobrych i wartościowych ludzi; Po odejściu naszego akompaniatora Patryka, jego rolę przejął – nie mniej zdolny i równie wszechstronny i wrażliwy muzycznie, otwarty na nas seniorów młody człowiek – Ryszard Pich. Nasza współpraca układa nam się bardzo dobrze. Kierownikiem chóru jest długoletnia chórzystka – Maria Nowak, która z powodzeniem zajmuje się sprawami organizacyjnymi. Nasza koleżanka Wiesia Sobala robi dla nas wielką robotę pisząc i drukując dla wszystkich teksty nowo powstałych piosenek.

 

 

To wszystko sprawia, że atmosfera w naszym chórze jest bardzo sprzyjająca i do takiego chóru chce się należeć. Ale też nie bez znaczenia jest przyjazne miejsce, w którym się spotykamy – a jest nim niewątpliwie Dom Kultury „Karton”, którym zarządza niezwykle życzliwy i sympatyczny człowiek – Pan Józef Tadla. Od wielu już lat pozwala nam (zupełnie bezinteresownie) spotykać się w tym miejscu… i nie tylko na próbach chóru, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni.

 

W „jesieni życia” los postawił na mojej drodze chór UTW „Cantilena” im. Alicji Borowiec, która będąc jeszcze w szpitalu i wiedząc już, że Bóg szykuje jej miejsce w niebiańskich sopranach – kazała mi przyrzec, że nigdy nie zostawię tego chóru – wszak i ona kochała go ogromnie.

 

Kochana Alu! Przecież wiesz, że nigdy tego nie zrobię. Ten chór dał mi drugie życie w chwili, kiedy myślałam, że uchodzi ze mnie bezpowrotnie. A teraz jest ono jeszcze bogatsze. Cieszę się każdym porankiem, uśmiecham się do ludzi… i do samej siebie. Jestem szczęśliwa: mam wspaniałą rodzinę, która mnie wspiera i chór, który zostawiłaś mi w spadku. Odzyskałam zdrowie, o które dbam i pielęgnuję po to, aby być z moim chórem jak najdłużej. Otaczają mnie ludzie, którzy mnie kochają i których ja bardzo kocham. Będę wdzięczna za to Panu Bogu – aż po kres mojego życia.

Bożena Słowik