Szalone lata 60-te XX wieku – felieton Barbary Klimasińskiej

Ta nasza młodość, czyli – było, minęło…

Na grzyby,  na lwy’by – śpiewali kiedyś Starsi Panowie Dwaj. A Louis  Armstrong, jeden z najlepszych muzyków i wokalistów jazzowych, symbol jazzu, śpiewał na cały świat: What a Wonderful World – Co za Cudowny Świat. Ja szczególnie lubiłam, niemniej popularne, utwory Armstronga  Ramonę i Blueberry Hill (Jagodowe wzgórze) czy La vie en rose (Życie na różowo). Tę ostatnią piosenkę wykonywała nieco inaczej, ale również niezwykle pięknie, słynna Édith Piaf.

To była nasza młodość, to były lata sześćdziesiąte… Kluby studenckie i piwnice jazzowe wyrastały jak grzyby po deszczu, a my, dziewczyny i chłopcy z tamtych lat, doświadczaliśmy lat chmurnych, górnych i durnych… Dziś czasy te nazywane są (i chyba słusznie) okresem magicznym. A dla nas, dla pokolenia lat sześćdziesiątych,  na pewno niezapomnianym.

Kultura „szalała”! Po pierwsze radio powstał Program III Polskiego Radia, tzw. (bardzo lubiana) Trójka, a zza żelaznej kurtyny docierało popularne Radio Luxembourg nadające modną muzykę młodzieżową. Zaczęła rozwijać się telewizja – to po drugie! Po trzecie teatr – niemal każdy spektakl teatralny był znaczącym przeżyciem, a to dzięki takim reżyserom, jak Dejmek, Hanuszkiewicz, Swinarski, Axer, Jarocki. No i kino z Zachodu docierały świetne filmy: Felliniego (Wałkonie, La strada, Osiem i pół), Bergmana (Tam, gdzie  rosną  poziomki, Persona),  Antonioniego (Przygoda, Powiększenie) oraz francuska Nowa Fala (słynny  film Leloucha Kobieta i mężczyzna) a także francuskie piosenki.  Niejako hymnem ówczesnej młodzieży stała się śpiewana przez Juliette Greco, czyli Czarną Syrenę Nocy jak mawiał niezapomniany Lucjan Kydryński, (autor radiowej Rewii piosenek) – piosenka O, przyjdź, nocy zła, czekam cię (…).

Naszą wyobraźnię wypełniał egzystencjalizm, filozofii uosabiana przez  Jeana Paula Sartre’a i jego sztandarowe dzieło Drogi wolności. Towarzyszka życia Sartre’a,  pisarka i filozofka,  Simone de Beauvoir zachwyciła nas swymi  MandarynamiPamiętnikiem statecznej panienki. Na półkach  księgarń pojawiła się starannie  wydawana  najlepsza literatura polska i  obca, a w kioskach królował „pod ladą” tygodnik Przekrój, przez długie  lata „alfa i omega” naszej polskiej inteligencji.

Wśród młodzieży coraz  szersze kręgi  zataczał  rock and roll, który  należało tańczyć koniecznie w czarnych, wydekoltowanych podkoszulkach i szerokich, opierających się na wykrochmalonych mocno halkach,  spódnicach wymachując przy tym fryzurą zaczesaną w tak zwany  koński ogon (co za urocza nazwa). A później, po wsze czasy, zaczęli podbijać świat Beatlesi! 

Tak to mniej więcej było… I minęło… Bezpowrotnie…

Po studiach życie toczyło się oczywiście dalej – pierwsza praca, własna rodzina we własnym, zwykle malutkim, mieszkaniu, ze ślepą kuchnią, za to bez balkonu. Trochę później dziecko, najczęściej jedno, wg powszechnego wówczas modelu: 2+1. Ale to już inne barwy, inne opowiadanie, inna bajka…

Jean Paul Sartre (1905–1980) – francuski pisarz, dramaturg, eseista i filozof, noblista konstatował:

  • Byt dla siebie (…) jest tym, czym nie jest, nie będąc tym, czym jest
  • Człowiek jest skazany na wolność
  • Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze

Autor: Barbara Klimasińska – uczestniczka Centrum Aktywności Seniorów  „Optymista” w Krakowie