Domowa kwarantanna

Czekaliśmy w napięciu na niego wszyscy, niemal jak na pierwszą wigilijną Gwiazdkę. Już zaczynaliśmy jako Polacy wpadać w kompleksy, że nas omija. I wreszcie jest! Pierwszy przypadek chorego z potwierdzonym koronawirusem. Odetchnęliśmy z ulgą – jednak jesteśmy w pierwszej dziesiątce najbardziej zawirusowanych krajów świata. A że tylko jeden przypadek? Bo nie mieliśmy jeszcze testów, to skąd mogliśmy mieć wirusa – pojawiły się testy, więc za nimi podążył i ten wstrętny bakcyl. Zaczęliśmy się chować po kątach. Po domowych kątach, nie tak jak Włosi, którzy skrywali się przed wirusem głównie w klubach i pizzeriach, jak to zwykli czynić Italiańcy.

Domową kwarantannę trzypokoleniowej rodziny rozpoczęły jako pierwsze wnuczki, które sobie tylko znanymi kanałami dowiedziały się, że rozpoczęły się właśnie nadprogramowe ferie. Miny dziewczynek – gdy dowiedziały się, że mają przerabiać materiał z podręcznika, by potem napisać kartkówkę – wręcz bezcenne. Następnego dnia do przebywających na kwarantannie dzieci, dołączyli ich rodzice. Ot, wracając z pracy ze sporym zapasem papieru toaletowego i tylko jedną, małą paczką makaronu, powiadomili pozostałych domowników, że nie z własnej woli przechodzą na pracę zdalną, to znaczy, że będą nadrabiali zaległości, planowali jakże niepewną przyszłość i symulowali pracę. Wszystko rzecz jasna w trosce o wynagrodzenie.

Ale przecież na tę zdalną pracę zawsze przyjdzie pora, więc – póki co – zamierzają odpocząć. Pierwszą ofiarą domowej kwarantanny padł pilot od telewizora. Prawdę mówiąc nawet dwa piloty: od telewizora i od kablówki. Uzgodnienie jednego programu do oglądania przez sześć osób, w dodatku tak bardzo zróżnicowanych wiekowo, było niemożliwe. Udało się jednak ustalić, że pasmo bardzo poranne i wieczorne należą do dziadków, przedpołudniowe do wnuczek, a popołudniowe i nocne do rodziców. Pasmo programów informacyjnych – ze względów bezpieczeństwa – zostało przy tej parcelacji TV pominięte, a telewizor wyłączony. Taki podział – niestety – nie do końca wyeliminował spory, a przede wszystkim komentarze kierowane pod adresem oglądających. Uwagi typu: „Jak można na coś takiego patrzeć?”, „Który raz to już oglądacie?”, „Jak ja nie lubię tego typa!”, padały co chwila. Nie wszystkie odpowiedzi na takie odzywki nadają się do przytoczenia.

Okazało się, że trzeba też uregulować jakoś dostęp do ładowarek telefonów, tabletów, słuchawek i czegoś tam jeszcze, bo wszystkie te urządzenia zaczęły mieć ponadnormatywne użytkowanie. Także drzwiczki lodówki otwierały się nad wyraz często, a sama zawartość chłodziarki jakby powoli wyciekała. Dla lepszego samopoczucia wszystkich, już po pierwszym dniu kwarantanny wyjąłem baterie z wagi łazienkowej.

Trzeba też było w jakiś sposób rozwiązać sprawę bieżącego zaopatrzenia, czyli kto pójdzie do spożywczaka – całkiem niedaleko, ale jednak wysiłek potrzebny. – Ja mam wolne przecież nie po to, by chodzić do sklepu – odpowiedziała starsza wnuczka na propozycję zrobienia zakupów z jednoczesnym zatrzymaniem dla siebie reszty. Ponieważ powiedziała to głośno, młodsza już wiedziała, jak zareagować. Ich ojciec rozłożył bezradnie ręce: – Ja jestem w pracy, zdalnej bo zdalnej, ale jednak w pracy, więc nie mogę chodzić po sklepach – powiedział. – Tym bardziej ja, tu mieszka sporo ludzi z mojej firmy –  bezdyskusyjnie wykluczyła się z zakupów matka wnuczek. O dziwo, o ile nie było chętnych do zrobienia zakupów, o tyle wszyscy wiedzieli, co należałoby kupić, więc szybko powstała całkiem spora lista.  Zostali na zakupowym placu boju dziadkowie, czyli my. Wprawdzie podobnież należymy do grupy podwyższonego ryzyka zarażenia, ale skoro inni nie mogą… Więc pociągnęliśmy z żoną zapałki. I wypadło – jak należało przypuszczać – na mnie. Wrażenia ze sklepu przy innej okazji..

Autor tekstu: Andrzej Zawadzki