OGRODOWNICY, czyli tak zwani działkowcy-zapaleńcy

Czasy, gdy slogan „zielonym do góry” było instrukcją sadzenia roślin dawno minęły. Jeśli to hasło gdzieś żyje, to drugim życiem, czyli jako nazwa sklepów ogrodniczych, szkółek roślin i podobnych zielonych przedsięwzięć. Bo wszyscy staliśmy się ogrodnikami. Mamy działki, ogródki przed domem, balkony, a jak nie, to chociaż doniczki na parapetach okien, choć okna coraz rzadziej mają parapety. Są wydawnictwa, sklepy, programy we wszystkich odcieniach telewizji. I zewsząd dostajemy porady, co sadzić i gdzie sadzić, byle dużo. Bo, aby dużo zasadzić, trzeba dużo kupić. 

Na przełomie kwietnia i maja rusza więc sezon kupowania. Miejsc do dokonywania takich transakcji jest też dużo, bo oprócz tradycyjnych sklepów ogrodniczych mamy wystawione rośliny przy szosach, na przystankach, a nawet przy wejściach do ogródków działkowych, czyli – jak to ktoś dowcipnie nazwał – RODOS, co oznacza Rejonowy Ogródek Działkowy  Otoczony Siatką. Właśnie w takich małych, zwijanych na wieczór, punktach sprzedaży najprędzej możemy kupić to, co akurat potrzebujemy. Pod warunkiem, że wiemy, jaki chcemy kolor, i że to nie jest pora kwitnienia danej rośliny. Chcemy cebulki czerwonych tulipanów? Pani ma właśnie ostatnie dziesięć sztuk takich. Chcemy sadzonkę białego bzu, też się znajdzie, choć w pączkach trochę lila już widać. Ale taka jest natura okazjonalnego handlu ogrodniczego: towar wsadzony wykopany nie będzie.

Z dużymi sklepami ogrodniczymi problem jest inny. Właściwie nawet kilka problemów. Najpierw nie ma miejsca na parkingu, bo sezon, więc musimy zaparkować w oddali. Potem dostajemy oczopląsu od nadmiaru wszystkiego: w różnych kolorach, wielkościach, formach, etc. Warto by kogoś zapytać, poradzić się, ale doradców jest mało, a klientów – dokładnie takich, jak my – mrowie. Snujemy się więc alejkami w poszukiwaniu towaru i sprzedawcy. Imponująco wyglądają, co oczywiste,  rośliny okazałe. Już widzimy oczyma wyobraźni nasz ogródek pięć na dziesięć wypełniony dużym, w dodatku czerwonym, kasztanowcem. Skutecznie odstrasza jednak cena takiej inwestycji, porównywalna z ceną działki.   

Kiedy już coś nam się spodoba, –  roślina, nie sprzedawca – zabieramy na wózek, by stanąć w kolejce do kasy. Trochę też z nadzieją, że przy kasie się czegoś dowiemy. Pani kasjerka, nie dość, że zajęta skanowaniem, PINowaniem, fakturowaniem, to jeszcze nie jest od informowania. Na dodatek, klienci w kolejce reagują nerwowo na każdą próbę przedłużania przez nas pobytu przy kasie. -Trzeba było zastanowić się wcześniej – to najdelikatniejsza uwaga, jaką możemy usłyszeć od współkupujących, ale nie współczujących.

Potem dokupujemy jeszcze ziemię, kompost, nawóz, oprysk, etc. I obowiązkowo konewkę i szpadel. Wiadomo, jak się zacznie, trzeba będzie sadzić już do końca życia, bo apetyt rośnie w miarę sadzenia.

Jeszcze tylko doniesienie do auta naszych trofeów i umieszczenie ich w nim tak, by połowa liści nie została na chodniku, i już możemy w całości wypełnieni szczęściem i zapachem roślin jechać do naszego ogrodu.

Na miejscu, w domu, okazuje się, że kupiony przez nas egzemplarz, który w sklepie sięgał nam do pasa, po posadzeniu nie dorasta do kolan. A wydawał się taki okazały. On w tym sklepie stał na podwyższeniu w stosunku do naszych stóp, w dodatku w doniczce. Teraz bez doniczki – i dodatkowo, zgodnie z zaleceniem, zagłębiony w ziemi – jest, jaki jest, czyli mikry. Do tego, by osiągnął wysokość ze sklepu musimy poczekać kilka dobrych lat. Dobrych, to znaczy takich, w których nie wyschnie, nie zmarznie, nie zgrzybieje, i kto tam wie, co jeszcze.

Autor tekstu: Andrzej Zawadzki