Doradca telefoniczny

Jest taki dowcip, twardszy chyba niż leżący w muzeum amerykański suchar z II Wojny, jak to żonaty facet przedstawia kawalerowi pożytki z małżeństwa: – Od czasu, gdy się ożeniłem, mam wygodę, żona mi zawsze zdąży powiedzieć: „Przyszyj sobie guzik, bo ci się zaraz urwie”. Ten dowcip przypomina mi się niemal za każdym razem, gdy dzwonię do któregoś z moich starych, jak i ja, kolegów. Nie ma co ukrywać: wszyscy staliśmy się niewolnikami telefonów. Dzwonimy dużo, rozmawiamy bez limitu przyzwoitości, zastajemy naszych rozmówców często w zupełnie innej sytuacji, niż sobie wyobrażamy. Pamiętam, gdy któregoś razu w męskiej toalecie publicznej zadzwonił telefon sąsiadowi przy pisuarze z prawej, ten jakoś odebrał rozmowę, by po chwili powiedzieć skonsternowany, że w tym momencie nie ma jak zanotować jakiejś niezwykle ważnej informacji. Z pewnością nie były to numery z najbliższego losowania Lotto, bo taką rzecz by pewnie jakimś sposobem próbował jednak zapisać.

Ale nie o tym chciałem. Wracam do rozmów z moimi kolegami. Staram się nie dzwonić zbyt często, żeby się nie naprzykrzać; staram się nie rozmawiać za długo, by nie zniechęcić do odbierania moich „przychodzących” w przyszłości. To ma jednak również pewne minusy, a mianowicie, zanim osoba po drugiej stronie satelity zorientuje się, z kim ma do czynienia, mija trochę czasu. Pamięć podręczna już przecież nie tak szybka. Aż wreszcie pada sakramentalne: – A, to ty. I już możemy rozmawiać w pełnej świadomości. Pytam rutynowo, co słychać, jak to zwykle na początku. Chwila zastanowienia i w czasie tej chwili słychać w tle podpowiedź: – Powiedz, że wszystko dobrze u nas. Więc kolega, jak czterolatek na lekcji chińskiego, powtarza powoli: – U nas wszystko dobrze. W tym czasie kobiecy głos, wyraźnie już bliżej mikrofonu – bo nie jesteśmy na głośno mówiącym – poleca koledze zapytać, co u mnie. Nie wiem, czy kolega sam by na to nie wpadł, czy może jednak ciekawość powoduje niecierpliwą reakcję małżonki, jak się domyślam. I tak już do końca tej – kontrolowanej w pełni – rozmowy: ja swoje, podpowiedź swoje; rozmówca to samo, co podpowiedź.

Pewnie są jakieś sposoby na to współ rozmawianie, ale chyba te sposoby – jak wyjście na balkon, czy do łazienki – byłyby zbyt podejrzane. I nie wiadomo, czym by się skończyło. Jestem jednak przekonany, że kolega sam wychodzi na dźwięk dzwonka telefonu swojej żony, bo go te rozmowy bardziej drażnią, niż ciekawią. Gorzej, gdy pytam kolegę o coś konkretnego, a on i tak musi podpierać się – nie wiem czy do końca z własnej woli – suflerką. Prosta sprawa: kiedy możemy się spotkać w klubie na szachy. Bez podpowiedzi typu: – We wtorek masz neurologa…, w środę przychodzi do nas Jadwiga z małą…,  w czwartek ma być bardzo zimno… itp., nie da rady się umówić. Nic nie słyszałem o tym, by kolega został ubezwłasnowolniony, a jednak sam nie wie nic o swoich planach, i o niczym decydować nie może.

Tak się w takich momentach zastanawiam: Chłopie, jak ty byłeś tym prezesem, dyrektorem, kierownikiem (niepotrzebne skreślić, bo i tak już dawno skreślone) skoro te wszystkie rzeczy musi ci mówić żona. Ciekawe, czy o odrywającym się guziku też mu w porę zdoła przypomnieć..