Relacja ze zjazdu absolwentów w Golądkowie

Zjazd absolwentów, czyli najazd seniorów na Golądkowo

Szkoła nas wezwała, a my się stawiliśmy. To znaczy szkoła zaprosiła na zjazd rocznicowy wszystkich absolwentów, a my – maturzyści sprzed równo pięćdziesięciu lat – skrzyknęliśmy się potem sami. W dobie RODO znalezienie aktualnych adresów nie było rzeczą prostą, bo Nasza Klasa już straciła na popularności, ale jakoś się udało. I nawet znaleźliśmy naszą ostatnią wychowawczynię, która pewnie bardziej spodziewała się czternastej emerytury niż nas.

Były obawy, że się nie rozpoznamy, ale jakoś poszło: każdy dostał czerwoną różę  i z tą różą meldował się na miejscu zbiórki. W niektórych przypadkach to było naprawdę spotkanie po pół wieku, bo nie widzieliśmy się od czasu opuszczenia progów szkoły. Przybyło nam lat i – może nawet jeszcze więcej – kilogramów. Ubyło za to włosów, i to jeszcze bardziej rzucało się w oczy. Jednej z koleżanek córka powiedziała: „Jak chcesz zobaczyć, jak się zestarzałaś, jedź na ten zjazd, ale ja ci odradzam”.  Na szczęście, koleżanka nie posłuchała rady i każdy z nas mógł swoją zmianę na przestrzeni lat skonfrontować także z nią.

 Zjazd był wręcz olbrzymi – ponad trzysta osób przybyło, czasem z bardzo daleka; przeważnie w galowych strojach, ale czasem także w odświętnych sutannach. Były mowy, odznaczenia i wyróżnienia, wspomnienia i zabawne reakcje na czyjś widok, występy i popisy.  Jako maturzyści sprzed pięćdziesięciu lat cieszyliśmy się dużą autonomią: z czerwoną różą w dłoni mogliśmy niemal wszystko. W ramach tej wolności odsłoniliśmy uroczyście – po złożeniu wiązanki na grobie – tablicę upamiętniającą dyrektora z czasów naszej matury – człowieka niezwykle zasłużonego dla szkoły, nie tylko ze względu na niemal dwudziestoletni okres dyrektorowania. Zawsze nam mówił: „Możecie się mylić, ale nie wolno wam oszukiwać, i to nie tylko mnie”.

Sporo łez z różnych oczu popłynęło, gdy wchodzącą do klasy wychowawczynię powitaliśmy po pięćdziesięciu latach przeciągłym: „Dzieeeń doobry paani”! I bukietem czerwonych róż. Nie była to  tym razem godzina wychowawcza, ani nawet lekcja języka rosyjskiego, jak by wynikało ze specjalizacji naszej „sorki”. Nie było też odpytywania, czy sprawdzania pracy domowej, ale było odczytanie listy obecności. Okazało się, że na szesnaście osób żyjących stawiła się jedenastka. Frekwencja była więc imponująca, prawie porównywalna z obecnością na „ruskim” w klasie maturalnej. Spędziliśmy w tej sali kilka godzin bez przerw, bo wszyscy byli ciekawi usłyszeć, ale też chcieli powiedzieć o sobie, więc najczęściej padało: „A, pamiętacie…?”

Niby wszyscy dostojni, poważni, a wygłupom nie było końca. Zamiast „- Co pijesz?”, padało pytanie, „Co bierzesz?”, ale oczywiście chodziło nie o używki, tylko o leki na ryczałt, albo z dopłatą, bo na pełnopłatne nas nie stać, a na leki za darmo – ponoć takie są – musimy poczekać jeszcze parę lat. Ewentualnie suplementy diety, bo tanie. I zaczynało się wymienianie chorób, a ponieważ każdy Polak – jak wiadomo – to lekarz, więc rozmowa toczyła się w gronie specjalistów. Można by rzec: takie społeczne konsylium lekarzy-amatorów. Ale nie amatorów chorób, ma się rozumieć.

Potem przeszliśmy na porady z zakresu rehabilitacji. I tu do dyskusji włączyli się bywalcy sanatoriów. Tyle, że zamiast o wodach ozdrowieńczych, prądach leczących stawy, czy o komorach bardzo niskich temperatur mówili o tym, gdzie są jakie fajfy, wieczorki, dansingi, etc. Duże ośrodki uzdrowiskowe wypadają w tych opowieściach znacznie lepiej, choć w tych małych jest prawdziwa borowina i czystsze powietrze na dodatek.

I tak siedzieli naprzeciwko siebie absolwenci i myśleli mniej więcej tak: – To nie do wiary, że ja się w nim podkochiwałam! Albo tak: Jak ta Grażka pięknie wygląda, jaki ja byłem ślepy!

Wszyscy, po kolei, opowiadali o swoich dokonaniach w minionym półwieczu: studiach, stanowiskach, dzieciach, wnukach. Średnio wyszło czterdzieści lat pracy, dwoje dzieci, troje wnucząt, ćwierć rozwodu; czyli normalka – średnia krajowa. Okazało się także, że wiele osób działa w organizacjach senioralnych w swoich środowiskach, i że to daje im wielką satysfakcję. Jednak byliśmy dobrze wychowywani w tej szkole.

Zjazd absolwentów w Golądkowie był fantastycznym przykładem międzypokoleniowej imprezy, gdzie aktualni uczniowie spotkali się z tymi sprzed pięciu lat, ale też z takimi, jak my. I wszyscy doskonale się czuli w tym mieszanym towarzystwie, co było tez zasługą organizatorów i .. pogody.

Na następne spotkanie w gronie dzisiejszych „pięćdziesięciolatków” nie będziemy jednak czekali kolejne pół wieku – w kalendarzu na przyszły rok mamy zapisany kolejny termin. Musimy nadrabiać zaległości.

Andrzej Zawadzki